Dziekujemy!

Dziękujemy!

Szczególnie babci Renacie, za wspólnie spędzone wakacje w Polsce, za gościnę w domu i zwariowany wyjazd nad morze, za wypoczynek i wsparcie. Bardzo dziękujemy Mamo, Babciu!

Dziękujemy bardzo za przemiła atmosferę, a przede wszystkim za pyszne jedzonko u  cioci Iwony i wujka Stasia. Oby do następnego razu! Zapraszamy do nas!

Również babci Ewie bardzo dziękujemy za pomoc w rozpoczęciu nowego roku szkolnego. Od soboty Weronika, a od wtorku również Wincent spędzają czas na ogródku u Ewy.

Nareszcie

Sonia z dziećmi są właśnie w drodze do domu. Jeszcze tylko z Frankfurtu do Wiesbaden, z Wiesbaden do Mainz i z Mainz do Mainz-Laubenheim. Ja jestem gotowy na ich przyjęcie. Czekam z niecierpliwością.

Dłużyzny w Kolonii

Jak już pisałem ktoś robi wielka kasę na tym, że każde dziecko musi posiadać paszport. Nawet niemieckie koleje korzystają z tego.
Wczoraj pojechałem do Kolonii aby odebrać „na szybko” przygotowane paszporty dla Weroniki, Waltera i Wincenta. Spodziewałem się, po poprzedniej wizycie, ze spędzę tam w kolejce co najmniej kilka godzin. Okazało się jednak, ze starczyło 30 minut. Tak wiec o 0945 miałem już paszporty w ręku i nie pozostało mi nic więcej jak tylko przeczekać.
Miałem ze sobą hulajnogę Waltera, dzięki temu moglem coś więcej zobaczyć niż gdybym miał to wszystko zwiedzić pieszo.
Nad Renem jest wiadukt, na którego płocie ludzie wieszają kłódki. Na ten temat można poczytać w sieci zapewne, ale mnie najbardziej chodzi o końcowy (choć o końcu tu nigdy się chyba nie da powiedzieć) efekt. Zdjęcie do zobaczenia w galerii.
Jedno jest pewne, że musimy tam pojechać jeszcze raz aby zwiedzić katedrę i wejść na jej szczyt. Poza tym w Kolonii jest o wiele więcej centrum w centrum, można tam poszaleć w sklepach;-)

Wiktor gra dla świętego Mikołaja

Wczoraj byłem z Wiktorem i Weroniką na wigilii w polskiej szkole. Kulminacją była oczywiście wizyta św. Mikołaja. Dzieci miały wcześniej możliwość zagrania na pianinie, chętni zaprezentowali swoje umiejętności. Wiktor nie chciał. Gdy jednak Mikołaj zapytał czy ktoś chciałby zaprezentować się jemu, Wiktor wyrwał się jak oparzony i zagrał „Jingle bells”. Nie chcąc popełnić błędu, grał bardzo powoli. Udało mu się i Mikołaj obdarował go dodatkową paczką słodyczy.
To pierwszy raz, gdy Wiktor wystąpił przed publicznością grając na pianinie!

Nowy, całkiem nasz serwer!

Po długim czasie nieobecności kodowanie pokrzyżowało spektakularny powrót do sieci. Jak widzicie kogoś czeka naprawdę mordercza walka z niesfornymi czcionkami.

Serwer resselerski jest nasz, nie jesteśmy już więc od nikogo zależni.

Wiktor i Walter są u babci w Poznaniu, my z Weroniką zaznajemy spokoju.

Nasz pierworodny — Wiktor

6 – 14 kwietnia 2004

Wiktor urodził się 6 dnia kwietnia 2004 roku. Mama, przy wydatnej pomocy taty, spisała się pierwszorzędnie. Po dziewiętnastogodzinnym porodzie na świecie pojawił się nasz syn. Poród odbierali: Alina Szarlej – położna, dr Pięta i dr Tomasz Dmochowski. Niestety, z uwagi na tak długi poród, stan Wiktora przez tydzień nie dawał powodów do radości. Najpierw trzymano go na Oddziale Noworodkowym w szpitalu Raszei, by po trzech dniach przewieźć go do Szpitala Dziecięcego na Krysiewicza. Tam, co było dla nas największym zaskoczeniem, zostaliśmy otoczeni wspaniałą opieką. Z uwagi, że nie na wiele mogliśmy się przydać przez pierwsze cztery dni pobytu Wiktora w tym szpitalu, Sonia mogła wrócić do domu.

W Wielką Sobotę, czyli 10 kwietnia ochrzciliśmy Wiktora. Rodzicami chrzestnymi zostali Iwona i Stanisław Stężyccy. Dzień ten stał się dniem przełomowym, gdyż już następnego dnia stan Wiktora zaczął się poprawiać. 12 kwietnia synuś dostał naturalny pokarm z butelki, który przyjął z wielkim smakiem:) 13-go Sonia została zakwaterowana wraz z Wiktorem w osobnym pokoju, by mogła karmić, być przy dziecku i wreszcie odpocząć po porodzie! Do pełni szczęścia, u boku, brakowało tylko taty.

Prehistoria

Tak się złożyło, że pracowaliśmy w tej samej firmie. Kilka razy spotkaliśmy się przelotnie, ale zauroczyłem się, postanowiłem więc nawiązać kontakt. Całe szczęście, wtedy popularne było już Gadu-Gadu. Nie było łatwo na początku, czasem myśląc, że rozmawiam z Sonią stukałem do kogoś innego. Całe szczęście po drugiej stronie zawsze był ktoś, kto zadbał by wszystko Sonia przeczytała. To trwało kilka miesięcy, z połowy roku który minął od poznania do związania się, gdy wreszcie postanowiliśmy się spotkać. Akurat wtedy nie narzekaliśmy na problemy finansowe, mogliśmy to robić więc w wystawny sposób. Umawialiśmy się więc to w restauracji, to w drinkbarze. Tak trwało, aż do wigilii Bożego Narodzenia, kiedy to na imprezę firmową poszliśmy wspólnie. Później poszło jak z płatka.
Zamieszkaliśmy wspólnie na ul. Biskupińskiej, zaczęlśmy wspólnie myśleć o naszej przyszłości. Podczas jednego z wyjazdów oświadczyłem się Soni. Odbyło się to 2 maja w godzinach późno wieczornych. Na tę okoliczność miałem przygotowany wiersz oraz pierścionek zaręczynowy. Kto się bardziej denerwował, do dziś trwają sprzeczne wersje, ale odpowiedź była pozytywna. Wspólne zeznania dotyczą tylko wygłądu nieba – niesamowicie rozgwieżdżone – i problemów z recytacją oświadczyn;-) Od oświadczyn do ślubu minął przeszło rok. Podczas tego roku używaliśmy sobie, jeździliśmy na konie w okolice Puszczy Nadnoteckiej, na wyżerkę i pożycie w wysokich progach do pałacu w Czerniejewie. Pierwsze wspólne wakacje spędziliśmy w Chorwacji. Udaliśmy się tam nie wiedząc dokąd jedziemy. Dopiero na miejscu, odurzeni uderzeniem klimatu stwierdziliśmy, że jedziemy do Baški na wyspie Krk. Byliśmy tam tydzień, po czym przenieśliśmy się na kamping na wyspie Mali Losinj. Wytrwaliśmy tam tylko dzień, ucielkiśmy na Istrię do Vrsar. I tak nam już zostało. Następnego roku po ślubie też tam pojechaliśmy. I na pewno znowu tam pojedziemy;-)
Po powrocie z wakacji 2002 roku zaczęła się przeprawa z pracą. Sonia wcześniej niż ja doznała tzw. mobingu ze strony kierowniczki, ja trochę później. Fakt jest taki, że Sonia odeszła sama do innej pracy, ja poczekałem, aż sami mnie zwolnią. I tak od lipca 2003 byłem bez pracy, Sonia po kolejnych zmianach pracowała w EF – szkole języka angielskiego.
Dnia 03 sierpnia 2003 roku, w niedzielę, odbył się nasz ślub. Sakramentu udzielił nam proboszcz Parafi w Murowanej Goślinie, wesele zaś odbyło się w rezydencji Dwa Stawy w Kamińsku. Świadkami naszymi byli Hanna Cieślik i Stanisław Stężycki. Nie odbyło się oczywiście bez śpiewu Ewy, która zaangażowała również do pomocy swoich znajomych do grania. Wogóle całą uroczystość sfinansowały Renata wraz z Ewą, do spółki przyłączył się również wujek Stsiu, który ubrał mnie w nowy garnitur.
Po wakacjach spędzonych wspólnie z Ewą i Janiną powróciliśmy do Poznania, Sonia do pracy, ja do poszukiwania zatrudnienia. Oczywiście poszliśmy również do ginekologa, aby przekonać się o tym co już wiedzieliśmy, że Sonia jest brzemienna. I tak 03 września 2002 roku zobaczyliśmy po raz pierwszy Wiktora. Oczywiście jeszcze wtedy nie mieliśmy pojęcia, że to chłopak i jak dziecku damy na imię. To miało wyniknąć wiele miesięcy później. Sonia w ciąży przypominała kobietę, która zaraz ma urodzić. Od razu dostała wielki brzuch, pracowała do czasu, kiedy przez swoje zaangażowanie przestała podobać się szefom. W końcu wylądowała na zwolnieniu lekarskim, bynajmniej nie dlatego, że czuła się źle. Ciąża przebiegała bez jakichkolwiek zakłóceń. Oprócz tego, że waga rosła i rosła, conajmniej jakby to była ciąża mnoga;-)
Pięknego wieczoru 5 kwietnia 2004 roku, po długim przesiadywaniu przed komputerem położyłem się spać. Była godzina druga w nocy, nie zdążyłem się nawet przewrócić, gdy Sonia obudziła mnie pokazując, że odeszły jej wody. Kolejność zgoła nie ta, ale trzeba było udać się czem prędzej do szpitala. Perturbacje związane z przyjęciem na oddział wymagają oddzielnego opowiadania, więc jak chcecie to nas o to zapytajcie. Najważniejsze jest, że znajomość ze wspaniałymi lekarzami dała nam możliwość spokojnego spędzenia czasu podczas oczekiwania na rozwiązanie. Jakże ciężkie było to oczekiwanie. Po pierwsze odbywające się w tym czasie porody nie dały nam od razu dostępu do upragnionej sali, w której znajdowała się wanna oraz która była odosobniona tak, że nikt nie zakłócał nam spokoju przed i podczas porodu. Sonia była bardzo dzielna, nie krzyczała, nie dało się w ogóle z zewnątrz usłyszeć, że coś się u nas dzieje. Asysta sióstr położnych dawała nam pewność, że wszystko, jeśli nie w absolutnym porządku, to chociaż jest OK. Konsylium lekarskie pragnęło wysłać Sonię na cesarskie cięcie, ale wpływ doktora Dmochowskiego pozwolił na naturalny przebieg porodu. I tak o 2236 mały, cichutki, wymęczony Wiktor pojawił się na naszym Bożym świecie.