529. Hochheimer Markt

To wejdzie, lub już weszło nam w nawyk, że udajemy się do Hochheim by wymarznąć doszczętnie, pobrodzić w błocie i wydać za dużo pieniędzy.

Wczoraj udało się, że babcia Ewa nie szczędziła dzieciom przejazdów na karuzelach wszelakich. Kupowała im jedzenie, wyglądało to tak jak by nie jedli od tygodnia oraz opiekowała się nimi. Całą czwórką podczas naszej przejażdżki na tym monstrum:Hochheim-2013-Transformer

Oprócz typowego jarmarcznego jedzenia na środku placu rozlokowała się średniowieczna gastronomia. Tam udało nam się zjeść nietypowo. Na straganach, bardzo ciekawie urządzonych, zamiast soli i pieprzu królowały przyprawy ziołowe, pieczywo z nie przemysłowej mąki było pieczone na ogniu, całość prezentowała się ismakowała przednio!

Dzień był udany, wnioski na przyszły rok to jeszcze cieplej się ubrać oraz wyjść z domu ciut wcześniej. Sześć godzin to optymalny czas, podczas którego zaliczyć można atrakcje rozrywkowe i kulinarne.

Wakacje, ach…

Tyle przygotowań, zakupów, pakowania, a to już po wakacjach. Zak (czyt. cak) i minęły. Pomimo wszystkich trudów jestem zdania, że to były udane wakacje. W końcu jest to czas kiedy należy być przygotowanym na szaleństwo i przygody. A z czwórką dzieci, pełnym zapału tatą, chcącą odpocząć mamą, pod namiotami – nie mogło być inaczej.

Skarbie, ogromnie Tobie dziękuję, że wybraliśmy się na ten „wypoczynek” wspólnie i tyle nauki i zabawy w to wniosłeś!

Cieszę się, że udało się nam zrobić wycieczkę do Plitvice Lakes National Park i zobaczyć część tego cudeńka, na dodatek z przygodami, tj. burzą i „wodospadem” z nieba. Poza tym oswajaliśmy sie z wodą i bogatym wybrzeżem naszego campingu na różnych wysokościach i głębokościach. Wierzcie, że codziennie było interesująco i ekscytująco!
A co najważniejsze, że tak smacznie sobie jedliśmy i smakowaliśmy Chorwackie specjały. Od rana pyszne wypieki i mleczne specjały, później dodatki tj. ajvar czy oliwki grały decydującą rolę, aż do wieczora kiedy można było się zrelaksować przy chorwackim piwie lub winie. Na miejscu mieliśmy też pyszną pizzę z pieca oraz owoce morza różnie przygotowane (jak kto lubi). Niestety zawiedliśmy się tym razem na owocach, które nie były tak słodkie i soczyste jak kiedyś.

Wojtek nas szczęśliwie oraz dzielnie zawiózł i przywiózł, co przy takiej ekipie wcale nie było łatwe. Bardzo dziękujemy kochanie!

Oby do następnego razu!

Polskie morze

Sonia w tym momencie stoi z Renatą i dziećmi na przystanku w Mielnie. Czekają na autobus, który zawiezie je do Łazów gdzie czeka ich tygodniowy wypoczynek.
Ciekawe jakie będą mieli przygody. Czekam z niecierpliwością na zdjęcia i opowieści.

Dłużyzny w Kolonii

Jak już pisałem ktoś robi wielka kasę na tym, że każde dziecko musi posiadać paszport. Nawet niemieckie koleje korzystają z tego.
Wczoraj pojechałem do Kolonii aby odebrać „na szybko” przygotowane paszporty dla Weroniki, Waltera i Wincenta. Spodziewałem się, po poprzedniej wizycie, ze spędzę tam w kolejce co najmniej kilka godzin. Okazało się jednak, ze starczyło 30 minut. Tak wiec o 0945 miałem już paszporty w ręku i nie pozostało mi nic więcej jak tylko przeczekać.
Miałem ze sobą hulajnogę Waltera, dzięki temu moglem coś więcej zobaczyć niż gdybym miał to wszystko zwiedzić pieszo.
Nad Renem jest wiadukt, na którego płocie ludzie wieszają kłódki. Na ten temat można poczytać w sieci zapewne, ale mnie najbardziej chodzi o końcowy (choć o końcu tu nigdy się chyba nie da powiedzieć) efekt. Zdjęcie do zobaczenia w galerii.
Jedno jest pewne, że musimy tam pojechać jeszcze raz aby zwiedzić katedrę i wejść na jej szczyt. Poza tym w Kolonii jest o wiele więcej centrum w centrum, można tam poszaleć w sklepach;-)

38 km

Można w jedno popołudnie, tak jak my dzisiaj, spontanicznie wsiąść na rowery i poprowadzić się drodze przed siebie. Największe wyzwanie czekało na Weronikę, która poraz pierwszy wsiadła na duży, 20 calowy rower. Choć nie radziła sobie z przerzutkami to tempo miała niezgorsze. Udało się nam dojechać aż do Nierstein nad rzekę, gdzie się posililiśmy pysznymi muffinkami, które Sonia zapobiegliwie zabrała z domu. Dzięki jej za to!
Ewa i Janina zapewne tego dnia również wykręciły kilka kilometrów podczas swojej rowerowej podroży po Francji. Opowiedzą za trzy tygodnie jak wrócą, pewnie zdjęć będą miały mnóstwo.

Trzy cyfry, jedna po przecinku!

Wreszcie!
Zasługą wczorajszego dnia jest, ze dziś nawet po śniadaniu moja masa była dwucyfrowa (kilogramy)! Wizyta w konsulacie w Kolonii trwała tak długo, licząc od wyjazdu do powrotu do domu, że zjedzone rano śniadanie i na drogę przygotowane 6 bułek na nasza piątkę starczyło nam aż do kolacji o 2000.
Największą niespodziankę sprawił Wincent, który nie korzystał z zamontowanej mu pieluchy i o 1600, kiedy to postanowiliśmy sprawdzić co u niego, udało mu się wreszcie odcedzić na trawkę. A w domu potrafi lać jeszcze, choć tylko w nocy.
Co do wyjazdu. Byliśmy w Kolonii zamówić paszporty dla dzieci, przepisy się zmieniły więc mus jest. Kosztowało to masę pieniędzy! Nikomu nie polecam, ale wszyscy Polacy mieszkający za granicą są do tego zmuszeni, wiec ta ogromna kasę nabija polski budżet. Niech mają!
W Kolonii obeszliśmy dookoła katedrę, na nic więcej nie mieliśmy czasu niestety.
Samochód sprawił się jak zawsze świetnie, szkoda tylko ze tych koników ma tak mało. Mijające samochody pędzące 250 km/h sprawiają wrażenie, że stoisz.

Nierstein – wycieczka

Zgodnie ze zwyczajem, jak co roku, odbyła się wycieczka organizowana przez Polską Szkołę. W tym roku mieliśmy objazd winnic od Niersten do Bodenheim. Bardzo malownicza przejażdżka, taka która na rowerach byłaby dla nas niewykonalna. Poczęstowano nas tam sychym prowiantem i winem – nie w naszym guście. Ale sama wycieczka była przednia!
Kilka zdjęć w galerii, zapraszamy!

Mikołaj 2010

Ale się dzisiaj działo!!!
Wiktor na przedstawienie, Walter i Weronika do przedszkola, ja do Zulassungstelle wy- i zarejestrować samochody. Sonia przyjmowała moją mamę z prezentami, Renata przyjechała – z prezentami – i zostanie jakiś czas. Ja pojechałem pociągiem do Kolonii po samochód. Dawno nie miałem okazji tak długo czytać Pochłonąłem całą książkę („Miasto na górze” Bułyczowa), podróż minęła bardzo szybko. Przed godziną wróciłem naszym nowym Voyagerem.
Dzieci po dzisiejszym dniu padły, każdy dostał masę prezentów. Walter dostał do kompletu Buzza Lightyera, Weronika w pełni wyposażoną kuchnię, Wincent pierwszy komplet autek. Słodyczy tony po dzisiejszym dniu! Rewe pokazało się z najlepszej strony – zapakowali dzieciakom do kozaków tylko owoce!
Wiktor już chyba jutro przeniesie się do naszej byłej sypialni, czeka tam już na niego nowe łóżko. Biurko zakupione na ebaju odbiorę jutro. Można powiedzieć, że ma komplet.

Ale to już było… Ile razy jeszcze?

Dziś staliśmy się posiadaczami samochodu rodzinnego Chrysler Voyager.
Znowu!
Razem z Weroniką udaliśmy się w ostatnim dniu posiadania samochodu zastępczego do Kolonii. Jazda była przepiękna, wczoraj spadł śnieg, wszystko po drodze było pięknie obielone.
Samochód odbierzemy w przyszły weekend, będę się musiał przemieścić pociągiem. Boję się wejść na stronę Deutsche Bahn.